O mnie
Chciałam być „bliskościową Mamą”…
Psychologia Domowa narodziła się w momencie, gdy… ja stałam się mamą. Po urodzeniu mojej pierwszej córki zaczęłam zderzać się z ogromem porad, zakazów i nakazów. Przekazy o rodzicielstwie często brzmiały jak wyroki – czego nie wolno, co robię źle, jak nie powinnam, ale już bez wskazówek jak to zrobić – i to tak, żeby nie zwariować w codzienności.
Po urodzeniu pierwszej córki bardzo chciałam być „bliskościową mamą”. Słuchałam podcastów, czytałam książki, chłonęłam treści parentingowe – i powoli zaczęłam wpadać w pułapkę przekazu, który z jednej strony miał wspierać, ale w praktyce często okazywał się bardzo sztywny i bezlitosny wobec realiów codziennego rodzicielstwa. Przekazu, w którym była tylko jedna słuszna droga: współspanie, karmienie na żądanie, natychmiastowe reagowanie na każdy sygnał dziecka, ciągłe podążanie za nim – bez względu na własne granice czy samopoczucie. I choć intencją tych treści była troska o dziecko, brakowało w nich miejsca na złożoność, doświadczenie rodzica, kontekst rodzinny i zwyczajne, ludzkie zmęczenie.
Pamiętam moment, w którym powiedziałam sobie STOP.
Kiedy moja córka wpadała w silne, trudne do opanowania emocje, starałam się jej towarzyszyć — nazywałam uczucia, byłam blisko, próbowałam ją wspierać.
Ale ona często odrzucała moją obecność: mówiła „Idź sobie!”.
Gdy odchodziłam, ogarniało mnie poczucie winy, że ją zostawiam.
Gdy zostawałam — córka znów mnie odtrącała mnie i dalej atakowała.
Czułam się, jakbym utknęła w błędnym kole: jej silnych emocji i mojego własnego poczucia winy.
Miałam poczucie, jakby ktoś odebrał mi całą rodzicielską moc, a emocje mojego dziecka zawładnęły całą naszą rodziną.
Podobnie było ze spaniem — choć tutaj dojście do zmiany zajęło mi znacznie więcej czasu. Moja pierwsza córka spała znakomicie. Spałyśmy razem, bliskość działała jak magia. Posłuchałam wtedy tej dominującej narracji: „Dzieci potrzebują bliskości, to wystarczy, by przesypiały całe noce.”
I faktycznie – u nas to działało. Zasypiała przy piersi, spała długo, rzadko się budziła. Miałam poczucie, że wszystko robię „dobrze” – a bliskość naprawdę wszystko rozwiązuje.
Do czasu, aż urodziła się druga córka. Przez wiele miesięcy budziła się po kilkanaście razy w nocy. Zasypiała tylko przy piersi, często wybudzała się tylko po to, by przez chwilę ssać i znów zasnąć. Moje wieczory z mężem kończyły się, zanim się zaczęły – bo gdy tylko opuszczałam pokój, w którym ją usypiałam, ona po kilkunastu minutach znów się budziła i domagała mojej obecności. A ja – pełna dobrej woli, miłości i ogromnego poczucia winy – za każdym razem podawałam jej pierś, bo przecież wiedziałam, że to jej potrzeba bliskości i bezpieczeństwa. Samo hasło „trening snu” wydawało się wtedy niemal zakazane – coś, czego nie wypowiadało się na głos.
Na Instagramie regularnie widziałam komunikaty w stylu: „Trening snu to ZŁO!!!!” – najlepiej z czterema wykrzyknikami. Bałam się nawet o tym pomyśleć, a co dopiero stosować.
Tylko że ja wstawałam coraz bardziej wyczerpana. Zniecierpliwiona. Bez energii na zabawę ze starszą.
Pamiętam, że w tym okresie często googlowałam frazę: jak połączyć rodzicielstwo bliskości z codziennością przy więcej niż jednym dziecku.
I wtedy w jednym z podcastów usłyszałam: „Sama zdecydowałaś się na dzieci, nikt Cię nie zmuszał”.
No pewnie, że nie zmuszał. Ale to nie zmieniało faktu, że chciałam być blisko moich dzieci. Być obecną, pomimo rodzicielskich trudów.
Wpadłam w błędne koło, z którego trudno było się wydostać.
I wtedy przyszło olśnienie – że pomiędzy treningiem snu, który zakłada samotne wypłakiwanie się dziecka, a współspaniem w każdej możliwej konfiguracji poświęcenia – jest ogromna przestrzeń. Przestrzeń, w której można zadbać i o dziecko, i o siebie.
Zaczęłam robić małe zmiany. Odkładałam córkę do łóżeczka. Wracałam, gdy płakała. Głaskałam ją, mówiłam spokojnym tonem, że jestem obok. Gdy płakała głośno i panicznie – natychmiast byłam przy niej. Uspokajałam. Tłumaczyłam, że zawsze przyjdę, gdy mnie potrzebuje. Pierwszego wieczoru wszystko trwało prawie godzinę. Drugiego – zasnęła samodzielnie. Nasze trudne noce się skończyły.
Dziś, gdy ma 3 lata, można by jej wręczyć medal „wzorowego spacza” 😴 I tak – uważam, że mam z nią bliską, jakościową relację. Może właśnie dlatego, że zaczęłam się wysypiać. Że odzyskałam zasoby, by naprawdę zaopiekować się i nią, i sobą.
Tych trudnych momentów w moim rodzicielstwie było ogrom. Czułam się ciągle bezradna. Pamiętam zderzenie z rzeczywistością, gdy moja córka miała rozpocząć żłobek. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, że ją tam „oddaję”. W głowie miałam wszystkie te głosy: „małe dzieci powinny być z mamą”, „potrzeba bliskości to fundament bezpieczeństwa”, „pierwsze lata są kluczowe”. A jednocześnie… musieliśmy za coś żyć. Potrzebowałam wrócić do pracy. Nie miałam wyboru.
Pamiętam, że wtedy przesłuchałam podcast o tym, jak wspierać dziecko w adaptacji, jak „dobrze” przejść ten proces. I znów usłyszałam to, co już znałam: „Nie zostawiaj dziecka, gdy płacze. Potrzebuje długiego pożegnania. Musi mieć czas, żeby się z Tobą nasycić i poczuć bezpiecznie. Inaczej narażasz je na ranę przywiązania i TRAUMĘ przez duże T.”
To wszystko brzmiało pięknie – w teorii. Ale w praktyce… moje dziecko było zupełnie inne. Te długie pożegnania, pełne niepewności i napięcia, tylko pogarszały sprawę. Przedłużały rozstanie, a nie je ułatwiały. Widziałam, że dużo łatwiej było jej, gdy rozstania były krótkie i przewidywalne. Kiedy wiedziała, co się wydarzy i słyszała jasno: „Wracam po podwieczorku”. Gdy nie odrywaliśmy plastra przez dwie godziny, tylko spokojnie, z czułością i pewnością wychodziliśmy z sali. Rozmawiałyśmy na bieżąco o tym, co ją czeka i co się stanie potem.
Zaczęłam wtedy myśleć: czy jedna rozłąka naprawdę może zniszczyć relację i zaufanie, które budowałyśmy miesiącami?
Jestem psychologiem, więc potrafię z większą świadomością filtrować różne treści. A jednak i ja utknęłam w poczuciu winy – z którego trudno było mi wyjść. Bo trudno być sędzią we własnej sprawie.
I wtedy pomyślałam: a co dopiero rodzice, którzy nie mają zaplecza psychologicznego? Jak bardzo mogą się w tym wszystkim pogubić?
Dlatego stworzyłam Psychologię Domową.
Dla tych, którzy chcą wychowywać w bliskości, ale nie w perfekcji.
Dla tych, którzy mają dość presji, ale nie chcą rezygnować z wartości.
Dla tych, którzy szukają prostego języka, wsparcia i realnych, życiowych wskazówek – nie tylko teorii.
Psychologia Domowa to przestrzeń, w której rodzice mogą odetchnąć, złapać równowagę i zaufać sobie. Bo to Ty jesteś najlepszym specjalistą od swojego dziecka.